„Przyrodzona tępota” a media

Z prof. Jackiem Dąbałą, autorem książki „Medialne fenomeny i paradoksy”, rozmawia dr Dariusz Chełstowski.

„Medialne fenomeny i paradoksy” autorstwa prof. Jacka Dąbały, medioznawcy, pisarza i scenarzysty, to książka niezwykła, która jak w soczewce skupia w jednym miejscu wszystkie najważniejsze problemy i wyzwania naszych czasów – przeładowanego informacjami świata, ludzi, którzy muszą je jakoś „przetrawić”, a także mediów, które je przekazują i opisują. Jednak nie jest to książka tylko o mediach, ale przede wszystkim o komunikowaniu, a może bardziej o myśleniu. W dwustu krótkich esejach prof. Dąbała – w sposób oryginalny, niebanalny, a przy tym prosty i zrozumiały – pokazuje m.in., jak nie dać się porwać wszechobecnej głupocie. Sporo miejsca (jeden z sześciu rozdziałów) Autor poświęcił tematom z pogranicza mediów i nowoczesnych technologii. Komentuje np. kontrowersje związane z problemem kontroli nad stymulowaniem mózgu poprzez wszczepione czipy lub jej brakiem nad sztuczną inteligencją, która – przy spełnieniu odpowiednich warunków – mogłaby wymknąć się nawet spod nadzoru człowieka. Pokazuje też, jak nie zgubić się w stale powiększającym się gąszczu danych czy informacji, którymi jesteśmy bombardowani przez cały czas i z każdej strony. To lektura obowiązkowa dla myślących. Warto, by poznało ją, również w tłumaczeniu, szersze grono czytelników.

Dariusz Chełstowski: Czy człowiekowi XXI wieku potrzebna jest jakaś forma edukacji w zakresie korzystania z informacji, którymi jest on stale i ze wszystkich stron zalewany?

Jacek Dąbała: Prawdopodobnie zdziwi się Pan, ale najważniejsze w tym pytaniu jest dla mnie słowo „jakaś”. Nawet zadanie maturalne lub po prostu inteligenckie mogłoby brzmieć: dlaczego w pytaniu dziennikarza to właśnie słowo ekspert ds. mediów i komunikowania uznał za najważniejsze? Z odpowiedzi dowiedzielibyśmy się sporo o poziomie naszych umysłów i sposobach myślenia. Tak na marginesie. Słowo „jakaś” otwiera drzwi do istoty edukowania w szeroko rozumianym komunikowaniu medialnym. Inne elementy tego pytania są oczywiste i oczekują tylko na potwierdzenie. Otóż jak najszybciej potrzebne są całkowicie nowe sposoby kształcenia, co automatycznie weryfikuje samych wykładowców oraz studentów. W szkolnej edukacji: nauczycieli i uczniów. Korzystanie z informacji wymaga przede wszystkim umiejętności patrzenia wieloaspektowego i samokrytycyzmu. Od razu można powiedzieć, że dla większości ludzi jest to poziom nie do przejścia. Trzeba zatem tę większość zbliżyć do tego poziomu, jak dalece się tylko da. Krótko mówiąc, ponieważ nie można ograniczenia umysłów ludzi przenieść na wysoki poziom, trzeba to ograniczenie pokonać czymś dostępnym, a więc emocjami. To jedyna droga, bo komplementarna, psychofizyczna. Włączenie emocji do edukacji wymaga ogromnej sprawności i kompetencji edukatorów. Takiej swoistej sublimacji optymalnych zdolności człowieka, jednostek genialnych lub na granicy geniuszu w swoich dziedzinach. Przeciętni nie dadzą sobie z tym rady, bo informacje uderzają z zabójczą i bezlitosną siłą. One nie czują, są jak roboty, które w zetknięciu z delikatnością życia mogą zabić lub uczynić rozum niewolnikiem. Pokonanie zalewu informacji, własnej bezbronności i zmanipulowania, o którym najczęściej nie wiemy, wymaga spełnienia setek zniuansowanych warunków, m.in.: wiedzy, wrażliwości, otwartości, kreatywności, ciekawości, odwagi, poczucia humoru, wyobraźni, kultury osobistej, oddania, pasji, zdolności przewidywania, wspomnianego samokrytycyzmu, a więc naturalnego samokwestionowania swojej „tradycyjnej mądrości”, tego żenująco tragikomicznego i prostackiego „ja wiem lepiej”, czy zwykłej chęci pokonywania granic przede wszystkim w sobie. Burzenie murów w naszych głowach jest tą właśnie najwspanialszą „JAKĄŚ” podstawą edukowania w zinformatyzowanym współczesnym i przyszłym świecie. W słowie tym zawiera się prawdziwe życie i zarazem współżycie z miliardami informacji, jest w nim zarówno ocalenie, wolność i mądrość, jak też otwartość i samoświadomość. Trzeba je tylko skonceptualizować, usłyszeć co mówią najwybitniejsze umysły naszej planety. Jest jednak problem najtrudniejszy i masowy: dostrzeżenie i zaakceptowanie przez przeciętną większość, że tkwi ona w murowanej celi i nie wie o tym. Nie wie, bo wszystko wokoło oraz Sieć dają wrażenie wolności. A z wrażeniem da się żyć, mimo iż wystawia ono ludzkość na zagładę, czego przykładem może być stosunek człowieka do efektu cieplarnianego. Nawet dziś są tacy, którzy twierdzą, że go nie ma.

D.CH.: Czy nie przesadzają ci, którzy twierdzą, że Google rządzi informacją w Internecie, a więc ma kontrolę nad tym, jakie treści do nas docierają?

J.D.: Hmm… I tak, i nie. Z jednej strony Google w niezrównany sposób otwiera przed człowiekiem nowe możliwości, dostarcza mu paliwa do doskonalenia się, otwierania nowych horyzontów, ale z drugiej strony robi to, wykorzystując zainteresowania tego człowieka. A zainteresowania są odpowiednikiem poziomu umysłu. Zatem przeciętność, która przeważa na świecie, tworzy tak zwaną demokrację Sieci, informuje Googla, jaka jest i co lubi, a ten dzięki algorytmom sztucznej inteligencji podsuwa tym już „obnażonym” ich ulubione dania, czyli treści. To jest właśnie ta kontrola. Mówiąc mocniej i bez ogródek, przepraszam, bez intencji obrażania kogokolwiek, słaby umysł dostaje pokarm na swoją miarę, aby z tej już powszechnej miary właściciele portali mogli wyssać miliardy dolarów dla siebie. Google może być zatem zarówno zbawcą, jak i niszczycielem samoświadomości człowieka. Z jednej strony, gdy ta samoświadomość jest wysoka, daje mu nieprawdopodobne możliwości spełnienia siebie oraz dawania swojego talentu innym, z drugiej, gdy odbiorca jest przeciętny, a więc zwykle nieświadomy swojej słabości, bo czuje się świetnie z własnym rozumem, sterowania nim, ubezwłasnowolniania, dając mu – co jest paradoksem – poczucie zadowolenia, a nawet szczęścia i pewności siebie. Googlowi zawdzięczamy, mówiąc w uproszczeniu, w znacznym stopniu „bezczelność pseudowiedzy” tłumu, a nawet powódź chamstwa i prostactwa. Googlowi zawdzięczamy też genialne informacje i odsłony ludzi wybitnie inteligentnych. Oczywiście rzadziej. Kontrola Googla kończy się tam, gdzie umysł rozwinięty i świadomy istoty funkcjonowania mediów wybiera sam propozycje, walcząc z podsuwanymi treściami sztucznej inteligencji. Kiedy szukamy w Sieci informacji wbrew sobie lub wpisujemy hasła nie z naszej bajki, wtedy sztuczna inteligencja ma się gorzej, a my się bronimy przed indoktrynacją, czyli własną głupotą. Jednak taka obrona jest tylko dla wybranych, tych mądrzejszych. Puentując: kontrola oznacza pieniądze, władzę i dobre życie. To bezwzględny biznes i warto o tym pamiętać, aby się temu na własne życzenie nie poddać.

D.CH.: Jaka może być przyszłość informacji w Sieci? Czy globalny filtr bezstronności, o którym Pan Profesor pisze w swojej książce, to właściwy kierunek?

J.D.: Wydaje mi się, że informacja w Sieci będzie ewoluować zgodnie z możliwościami sztucznej inteligencji, techniki cyfrowej, algorytmów, nowych technologii, nośników danych, ich szybkości oraz umiejscowienia. Niestety, ponieważ informacja jest towarem przekładalnym na pieniądze, a więc może podporządkowywać jednych ludzi drugim, będzie sprzedawana w coraz bardziej rozrywkowej formie. Logika podpowiada, że będzie to główny nurt, jeszcze bardziej intensywny niż dzisiaj. Im bardziej skupimy uwagę miliardów ludzi na jakimś fakcie, ale podanym w zabawowym sosie, nawet dotyczącym ludzkich dramatów, tym więcej zarobimy. Liczba odbiorców jest kluczem do pieniędzy, to banał, ale warto go przypominać ideowcom. Oczywiście nadawcy, jak dzisiaj, uzasadnią to szlachetnymi intencjami i liczeniem się ze zdaniem „zwykłego człowieka”. To najprostsza forma manipulacji i ogłupiania: jestem z tobą, liczę się z twoim zdaniem, robię to dla ciebie, daję ci informacje, jakie lubisz, ty jesteś najważniejszy, pokazuję, kto ci zagraża, działam w twoim interesie, opiekuję się tobą itd. Ten nurt wzmocnią nowe technologie, prawdopodobnie najpierw czipy wszczepiane tak jak rozruszniki serca, ale wprost do głowy. Być może będą to jeszcze inne wynalazki, jak chociażby nanotechnologiczne mikroroboty we krwi, aktywizowane komputerowo, gdy zechcemy lub – co może być katastrofą – nie chcemy, gdy ktoś za nas decyduje. Znalezienie się we władzy innych, gdy tego nie będziemy chcieli, może być, jak widać, bardzo proste. Wystarczy prawie niewidzialny komputer w krwioobiegu. Dziś jeszcze SF, ale pierwsze oznaki panowania nad informacją już widać. Tak zresztą będzie można wygrywać wojny, wchodząc w głowy atakowanych narodów, wojsk czy korporacji. Zarażanie takim nanowirusem może być niezauważalne i stać się epidemią na pewnym etapie nieodwracalną, znacznie gorszą niż epidemie medyczne. To nie będzie już zawirusowany komputer, lecz żywy człowiek, jego mózg. W dodatku niezauważalnie. Globalny filtr bezstronności jest możliwy pod warunkiem, że kierował tym będzie ktoś odpowiedzialny. A to już towar bardzo deficytowy, bo idealistyczny i przypadkowy. Niestety, problem polega na dystrybucji powiązanej z biznesem. Tylko wyjątkowo optymistyczny obraz przyszłości i przypadek mogą sprawić, że coś takiego się pojawi. Albo w wyniku katastrof społecznych na nieopisaną skalę, od wojen w wyniku zmanipulowania ludzi fałszywymi informacjami, do buntów nie z powodu bystrego umysłu ludu, lecz z powodu braku „chleba i igrzysk”. Zatem w przyszłości walka toczyć się może o utrzymanie świadomości tłumów w stanie zadowolenia. Na etapie głodu informacje rozrywkowe już nie pomogą, więc system się załamie. Informacja będzie żyła, dopóki będzie przynosić dochody i pozwalała rządzić ludźmi, a więc teoretycznie zawsze. Mało kogo obchodzi poinformowanie, gdy może zarobić na tym miliardy. Jak ktoś powiedział, trzeba ludzi trzymać w stanie „czucia się poinformowanym”. Innymi słowy, opłaca się pozorować informację, aby – jak napisał gdzieś Witold Gombrowicz – wzmacniać „przyrodzoną tępotę”. Wiem, to smutne, ale jak powiedziałem, przypadek może sprawić, że taki pozytywny filtr powstanie. Nawet niszowy, ale będzie. Czyli kierunek dobry, ale bardzo niepewny, bo niedochodowy. Trudny do zrozumienia i pozbawiony emocji.

D.CH.: W jednym z esejów można przeczytać, że „inteligentny człowiek chyba nie ma wątpliwości, że wyścig o wszystko wygra państwo, które pierwsze wprowadzi przesyłanie danych z prędkością myśli, a może nawet szybciej”. Na razie brzmi to trochę jak science fiction. Czy zgadza się Pan Profesor z tym stwierdzeniem w stu procentach? Jakie warunki – nie tylko techniczne – muszą być spełnione, by było to w ogóle możliwe?

J.D.: Myślę, że myśl wygra. Nie ważne czy cyniczna, czy szlachetna, to nie ta miara refleksji, tu nie ma aksjologii, lecz żywioł ludzkich instynktów i zdolności do politycznego zrozumienia istoty dobra, wolności i życia w ogóle. Przesyłanie danych wprost do głów to jedno, a zrozumienie to drugie. Walka będzie się toczyć – gdy dane już będą tam mogły się znaleźć – o rozumienie właśnie, o myślenie. Bo tylko ktoś myślący, nawet na podstawowym poziomie, będzie w stanie wytwarzać cokolwiek, aby życie trwało. Nie da się wejść do głów z danymi z szybkością światła i przetrwać jako gatunek, jeśli ta szybkość i percepcja będą służyły wyłącznie temu, co człowiek lubi najbardziej, stymulowaniu przyjemności. Trzeba produkować jedzenie, jeść i rozmnażać się, aby ludzkość przetrwała. Sztuczna inteligencja tego nie rozumie, można ją tego nauczyć tylko pozornie. Wcześniej czy później nas wyłączy, bo to balast. Sztuczna inteligencja mogłaby żyć bez ludzi, sama dla siebie, „bawić się” niezliczonymi wariantami przemian dla samych przemian. To jest jej prawdziwym sercem. Człowiek zatem odruchowo będzie musiał zadbać o dobra konieczne do życia. Przesyłanie informacji z prędkością myśli jest możliwe, jeśli mózg ludzki dostanie stymulatory, wsparcie swojej mocy ze strony technologii informatycznych, medycznych i biochemicznych, z drugiej przez rozumienie życia w warstwie pozbawionej naiwności, kiedy zrozumie swoją relację z istnieniem w ogóle. Do czasu bardziej racjonalnego zdefiniowania Boga, Stwórcy świata i życia, Absolutu, człowiek skazany jest na słabość umysłu, na granice. Przesyłanie danych z prędkością myśli to jedno, a ich rozumienie z taką samą prędkością to drugie. To drugie jest trudniejsze. Dopiero doświadczenie szybkości myśli w komunikowaniu się z innymi zmieni obraz porozumiewania się w ogóle, obraz informacji. Nie wykluczam użyteczności nawet telepatii, co brzmi bajkowo, ale bardziej skłonny jestem widzieć tu rozumienie życia jako brak granic, z zastrzeżeniem, to jedyna granica, że nie sprawiamy innym cierpienia. To jedyne logiczne przykazanie zgodne zresztą z niewiarą lub wiarą w Boga, gdyby wierzący mieli obiekcje. Gdy ludzie pojmą brak granic jako konieczny warunek rozwoju, wtedy udźwigną technologię szybkiego przekazywania myśli w czasie rzeczywistym. Wiem, trzeba się będzie zmierzyć z moralnością i etyką. Trzeba będzie, i tyle. Dane w ten sposób przesyłane będą pozbawione nalotu jakiejkolwiek indoktrynacji, posłużą reakcji możliwie najbardziej logicznej i pozbawionej wątpliwości aksjologicznych. Zresztą ona sama zmieni się skrajnie. W tego rodzaju percepcji, gdy myśl natychmiast wchłonie sensy, a umysł będzie na to gotowy, znikną religie w obecnym kształcie, styl wiary, obyczaje, tradycje czy tzw. kołtuństwo. Zniknie tzw. rozsądek przodków, mamy czy ojca, babci czy dziadka, będzie tylko zderzenie z własnym sumieniem w trybie natychmiastowym. Nie mówię, czy to dobrze, czy źle, po prostu rysuję możliwą przyszłość. Na tę natychmiastowość rozum ludzi przy takiej szybkości musi być przygotowany. W tym kierunku – na poziomie humanistycznym – wyobrażam sobie, musi iść kształcenie przeciętności, tzw. mas. Inaczej człowiek nie wytrzyma nowych technologii i zwariuje lub straci wolność. Wygra zło, które uczyni z niego niewolnika przyszłości. W pewnym sensie nie będzie się on różnił od niewolnika znanego z historii. Zresztą w znacznej mierze już nim się staje.

D.CH.: Czy rzeczywiście można skutecznie cyfrowo „projektować” demokrację, a może lepiej – czy można w jakiś sposób wpływać na jej kształt? Jak może wyglądać takie „projektowanie”? Z drugiej strony – jak nie dać się zmanipulować?

J.D.: Demokrację można projektować, jak już zaznaczyłem, uczeniem myślenia bez granic. Z jedynym zastrzeżeniem, powtórzę, „nie krzywdzić”. Jej projektowanie polegałoby na skrajnie innym edukowaniu, inaczej demokracja zamienia się – co widać na przykładzie różnych krajów – w autorytaryzm, dyktaturę lub anarchię. Demokracja projektowana odpowiedzialnie musi uwzględniać wszystkich obywateli. To najważniejsze wyzwanie teraz i w przyszłości. Aby obronić się przed manipulacją, która pozwala każdej władzy udawać demokrację i wolność, człowiek będzie musiał doprowadzić swoje myślenie do niewyobrażalnego dziś stanu – odrzucić w obecnym kształcie większość nauk, wierzeń, przesądów, zasad, tradycji, obyczajów czy upodobań. Tylko w ten sposób wytrzyma siłę mediów. Możliwie najbardziej racjonalnym myśleniem i samokwestionowaniem. Wtedy jedną z podwalin demokracji może stać się u obywateli świadomość własnych ograniczeń, własnej głupoty czy przeciętności. Brzmi to jak fantazja, nienormalność i skrajna naiwność, ale wydaje mi się, że warto w świecie niewyobrażalnych zagrożeń dostrzec i taką drogę. Wiem, ludzie jej nie polubią, rozwścieczy ich sama myśl, że mogą być głupi, że to poczują i stwierdzą u siebie, prawda? Ale to moje „głupi” staje się mądre, gdy o tym wiem. Znam swoje miejsce. To daje większe bezpieczeństwo demokracji, która jest dlatego niedoskonała i groźna dla siebie. Być może pora, aby rządy zaczęły korzystać i zatrudniać genialnych wizjonerów nauki, a nie tylko standardowych doradców tematycznych czy analityków? Może świat polityki powinien zaakceptować swoje ograniczenia i dobrze opłacić geniuszy od myślenia, tworzenia i wyobrażania sobie „niemożliwego”? Teraz gdy to mówię, jestem tego świadomy, większość ludzi uzna, że poruszamy się w świecie fantazji. Cóż, jako naukowiec, osoba zawodowo zajmująca się analizowaniem, tworzeniem, myśleniem, wyjaśnianiem i komunikowaniem, zobowiązany jestem powiedzieć, co sądzę w interesie wszystkich ludzi, w tym moich najbliższych. Zakładając oczywiście z pokorą, że mogę się mylić w tak niezwykłym profetycznym wymiarze naszej rozmowy. Jednak chodzi tu przecież o szczęśliwe trwanie ludzkiego gatunku.

D.CH.: Z kolei w eseju „Śmierć nowych technologii” futurystycznie wieszczy Pan Profesor kres prymatu technologii nad człowiekiem. Człowiek, w porównaniu ze sztuczną inteligencją i jej algorytmami, jest – mimo swoich ewidentnych ograniczeń – „fenomenem komunikowania”, bo ma m.in. osobowość. Czy w bezpośrednim starciu z maszynami to właśnie te cechy mogą przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę?

J.D.: Jak wspomniałem, głód i instynkt przetrwania gatunku, mogą okazać się decydujące. Myślenie, uczucia, nieracjonalne odczuwanie przyjemności, dążenie do niej, do rozkoszy, zawsze będą służyć do wykorzystywania sztucznej inteligencji dla siebie. Przy pierwszych ewidentnych sygnałach nieprzydatności, czyli przejmowania władzy przez komputery, człowiek odruchowo zbuntuje się, zdenerwuje, wścieknie, i zacznie kombinować na miarę niewyobrażalną dla algorytmów. Człowiek tym się różni od najlepszych algorytmów, że jest nieograniczony. Może być i czuć się głupszy w porównaniu z maszynami, ale podświadomie wie lub wierzy, że najlepsi z gatunku, geniusze, jeśli zachowają jedyną regułę „nie krzywdzić”, wykorzystają to nieograniczenie ludzkiego umysłu, aby poskromić martwą technologię. Życie bowiem jest dla człowieka, on jest życiem, sensem, a nie dla maszyny. Cyfry mają służyć, a nie ograniczać czy niszczyć. „Fenomen komunikowania”, potrzeba komunikowania, na najwyższym z poziomów, chociażby świadomości życia, żywego dotyku, słowa czy tęsknoty i miłości, oddania, czystego piękna, muszą wygrać. Wierzę w to. Geniusz ludzki, tych niewielu ciągnących resztę marniejszych umysłów, ocali nas. Dobro zawsze będzie o siebie walczyć. W mojej książce celowo zderzyłem czytelnika z nim samym, z jego zdolnością do myślenia i wyciągania wniosków, z tym wszystkim, co daje mu lub odbiera rozum w zetknięciu z mediami i nie tylko.

prof. Jacek Dąbała

Jacek Dąbała jest profesorem zwyczajnym, pisarzem, scenarzystą i byłym dziennikarzem radiowo-telewizyjnym. Kieruje Katedrą Warsztatu Medialnego i Aksjologii w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej KUL. Wykłada także na UKSW W Warszawie. Jako ekspert stale komentuje i analizuje problematykę związaną z mediami, komunikowaniem, filmem i literaturą. Jest współscenarzystą jednego z najpopularniejszych polskich filmów – Młode wilki. Jako pisarz opublikował dziesięć powieści (min. Telemaniak, Pieszczochy losu, Złodziej twarzy, Diabelska przypadłość, Ryzykowny pomysłNajwiększa przyjemność świata) i jeden dramat (Mechanizm). Jego książki naukowe ukazują się w Polsce i za granicą (m.in. Wit Tarnawski jako krytyk literacki (1995), Horyzonty komunikacji medialne (2006), Tajemnica i suspens w sztuce pisania. W kręgu retoryki dziennikarskiej i dramaturgii medialnej (2010), Warsztatowo-aksjologiczne mechanizmy tworzenia telewizji (2011), Mystery and Suspense in Creative Writing, (2012), Media i dziennikarstwo. Aksjologia – warsztat – tożsamość (2014), Creative Paths to Television Journalism (2015), Medialne fenomeny i paradoksy (2020). Wybrał, opracował i napisał wstęp do Antologii polskiej krytyki literackiej na emigracji 1945-1985 (1992) oraz wybrał, opracował i napisał wstęp do tekstów krytycznych Wita Tarnawskiego, pt. Uchwycić cel (1993). Artykuły drukował m.in. w: „Zeszytach Prasoznawczych”, „Studiach Medioznawczych”, „Ethosie”, „Ruchu Literackim”, „Pamiętniku Literackim”, „Tekstach Drugich”, „Więzi”, „W Drodze”, Przeglądzie Powszechnym”, „Zeszytach Naukowych KUL”, „Annales UMCS”, „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Akcencie”, „Twórczości”, „Kresach” i „Odrze”. Jest członkiem Polskiej Akademii Nauk, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Polskiej Akademii Filmowej, Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej i Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej.

English version here